Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 stycznia 2012

służące


czy nie taki był sens książki? czy nie chodziło o to, żeby kobiety zrozumiały: "jesteśmy tylko dwiema istotami ludzkimi, nie tak znowu wiele nas dzieli. znacznie mniej, niż sądziłam".

czytając tę powieść, cały czas miałam w głowie myśl, jak można dzielić ludzi na tych lepszej i gorszej kategorii. człowiek to dziwne stworzenie, które idąc za tłumem, czasem nie pomyśli, czy to co robi, jest dobre. zmierzam do tego, że kathryn stockett napisała powieść, w której stawia podstawowe pytanie: jak to jest być czarną osobą w missisipi i pracować dla białej rodziny? w latach 60-tych w USA nikt się nad tym nie zastanawiał, a to co przeżywały osoby o innej karnacji niż biała - było jednym wielkim koszmarem.

pomimo, że służące to fikcja literacka, pokazuje niezwykle poruszający obraz segregacji rasowej. służące pracowały za grosze, miały oddzielne toalety, żeby biali nie mogli się zarazić od nich żadnymi chorobami, były na każde zawołanie pracodawców, wychowywały ich dzieci.. 

rzeczywistość w missisipi poznajemy za sprawą trzech bohaterek. młoda panienka skeeter pragnie zostać pisarką, dziennikarką i nie w głowie jej zamążpójście - tak bardzo cenione w ówczesnych czasach. to właśnie ona próbuje dotrzeć do służących, by dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda ich życie. narratorkami są również dwie czarne kobiety - aibileen i minny - przyjaciołki, pracujące jako pomoc domowa u dwóch różnych białych rodzin. każda z nich opowiada swoje historie w zupełnie różny sposób. aibileen jest posłuszna, chowa dumę do kieszeni, z pokorą znosi wszelkie upokorzenia, szczególnie oddana jest małej dziewczynce, którą przyszło jej wychowywać. natomiast minny - to tak zwany diabeł wcielony. pyskata, ale niezwykle ostrożna, potrafi być mściwa, zwłaszcza jeśli ktoś zajdzie jej za skórę. wszystkie trzy kobiety spotykają się potajemnie, by opisać życie czarnoskórych w tych zupełnie nieprzychylnych dla nich czasach.

kadr z filmu "the help", reż. tate taylor

służące to bardzo dobrze napisane czytadło, które doczekało się pięknej i wzruszającej ekranizacji. emma stone w roli skeeter niezwykle urocza i przekonująca. octavia spencer (minny) i viola davis (aibileen) również pokazały wielką aktorską klasę i przede wszystkim umiejętności.

z wielką przyjemnością polecam zarówno film, jak i książkę, chociaż o dziwo bardziej podobała mi się ekranizacja. może dlatego, że  widziałam ją pierwszą, a dopiero później wzięłam się za czytanie.



ocena: 4,5/6.

niedziela, 11 grudnia 2011

mapa i terytorium

w literaturze czy muzyce właściwie nie sposób zmienić nurtu; możesz mieć pewność, że cię zlinczują. z drugiej strony, jeśli w kółko robisz to samo, oskarżą cię, że się powtarzasz i chylisz ku upadkowi, ale jeśli się zmienisz, to ci powiedzą, że jesteś niespójny i rozproszony.

trudno pisać o mapie i terytorium, nie nawiązując do poprzednich utworów houellebecqa. praktycznie w każdej jego powieści scenariusz jest ten sam: znudzony życiem bohater, szukający seksu i ekscytacji plus romans w tle, który nigdy nie kończy się dobrze. tym razem pisarz posunął się o krok do przodu. jest to najmniej efekciarska książka w jego karierze. przejmujący smutek ciągnie się przez wszystkie karty powieści, niepodsycany żadnymi erotycznymi ekscytacjami, a jedynie opisem francuskiej rzeczywistości.

ironiczny portret paryskiego świata artystów, ludzie, którzy są zarówno produkującymi, jak i produktami, przerost formy nad treścią - wszystko to prowadzi do rozkładu europejskiej cywilizacji. wartość cierpienia i śmierci króluje nawet nad wartością rozkoszy i seksu. houellebecq tradycyjnie już potępia kapitalizm i utracone we współczesnym świecie człowieczeństwo.

bohaterów powieści jest dwóch. jed martin - artysta, który odnosi sukces dzięki fotografowaniu map michelina. poznaje piękną rosjankę olgę, dzięki której zostaje wprowadzony w świat wielkiej sztuki i jeszcze większych pieniędzy. po serii sukcesów jed prosi znanego pisarza o napisanie wstępu do katalogu swojej wystawy. nie byłoby w tym nic dziwnego, gdy tym pisarzem nie był... sam michel houellebecq.

wprowadzenie do powieści swojej osoby było dość ryzykownym, aczkolwiek śmiałym posunięciem. houellebecq jawi się jako zaniedbany, niezbyt przystępny pijak. szybko znajduje wspólny język z jedem. obydwaj są oderwani od rzeczywistości, posępni i nieprzychylnie nastawieni do ludzi. ich relacje z kobietami ograniczają się do nietrwałych romansów. skupiają się bardziej na swojej sztuce niż otoczeniu. w przypadku jeda, którego matka popełniła samobójstwo, a ojciec raz do roku spędza z nim wigilijny wieczór, brak umiejętności interpersonalnych tkwi w historii rodzinnej, której do końca sam artysta nie jest świadomy.

trzecia część powieści wydaje się najbardziej interesująca. bestialskie zabójstwo i jakże oczywiste przyczyny morderstwa tylko przytakują tezie o upadku rzeczywistości. ekonomiczna katastrofa spowoduje powrót do natury i tego, co do tej pory niedocenione. spokój tkwi w prostocie, a najbardziej przekonuje się o tym jed, fotografując najpierw śrubki, później mapy, a na końcu triumf roślin nad cywilizacją. nie jest to książka wybitna, ale na pewno warto ją przeczytać. 


ocena: 4/6.

piątek, 25 lutego 2011

posłaniec

jestem w kropce. przyczyna mojego sięgnięcia po tę książkę jest oczywista - zachwyciła mnie złodziejka książek tego autora. uwierzyłam zusakowi, że potrafi pisać mądre, porządne książki. może niekoniecznie wybitne, ale na pewno wciągające i zwracające uwagę na dobroć, która jest charakterystyczna dla istoty człowieka.

moje bycie w kropce polega na tym, że w przypadku złodziejki - była to historia nie do końca przewidywalna, z rozbudowanymi charakterystykami bohaterów i wciągająca od pierwszych do ostatnich stron. w posłańcu wygląda to wszystko trochę bardziej naiwnie i jest łatwe do przewidzenia. 

ed kennedy jest młodym taksówkarzem, który wraz z trójką przyjaciół spędza czas na graniu w karty, błąkaniu się po mieście i robieniu rzeczy, które nie wnoszą nic do jego życia. wszystko zmienia się w chwili, gdy dostaje pierwszą kartę - asa karo, na którym wypisane są trzy adresy. zadanie polega na tym, by pomóc ludziom mieszkającym pod tymi adresami rozwiązać ich problemy. ed nie posiada zbyt wielu wskazówek, wszystkiego musi domyślić się sam. historia nie kończy się na trzech zadaniach, lecz jest to dopiero początek szeregu obowiązków, które czekają na młodego chłopaka. ed musi pomagać przeważnie obcym ludziom, jednak cała sytuacja prowadzi do tego, by młody mężczyzna zrozumiał, ze nawet najmniejszy gest w stosunku do drugiego człowieka może przynieść ogromne efekty. nietrudno przewidzieć, że wszystkie te karty z zadaniami zmieniają wnętrze eda, nadają sens jego zachowaniu. oczywiście nie zabrakło też wątku miłosnego. ed, jako ten nieudacznik, nie ma szczęścia w miłości, nie wspominając o tym, że jest beznadziejnie zakochany w swojej przyjaciółce. ten wątek, w przeciwieństwie do innych, został doprowadzony do końca..

tym razem zusak stworzył przyjemne czytadło, które często rozśmiesza i bawi, jednak do końca nie zachwyca. owszem, narzekam i nawet wiem dlaczego. po prostu spodziewałam się czegoś podobnego do złodziejki książek, a dostałam napisaną w zupełnie innym stylu, aczkolwiek sympatyczną powieść. 'sympatyczna' to dobre słowo, bezpieczne. polecam tym, którzy dopiero zaczynają przygodę z markusem zusakiem.

 
ocena: 4/6.

niedziela, 19 grudnia 2010

pył

pył
fiodor dostojewski był inspiracją dla johna fantego, a ten zaś natchnieniem dla charles'a bukowskiego. doborowe towarzystwo, więc sukces murowany, a sam pył uznaje się za jedną z lepszych amerykańskich książek o miłości. co ja na to? na usta ciśnie mi się jedno wielkie: no nie wiem, bo chociaż czyta to się przyjemnie, to wielkiej rewolucji, napięcia czy chociaż wspomniango uczucia tutaj nie widzę. 

arturo baldini jest początkującym pisarzem, trochę irytującym, zadufanym w sobie człowiekiem, który na pierwszy rzut oka pragnie wyleczyć się z kompleksów, próbując napisać coś, co rzuci wszystkich na kolana, a z niego zrobi wielkiego artystę. prawda jest taka, że pisanie za bardzo mu nie idzie, mieszka w hotelu, zalega z czynszem i modli się o cud, który sprawi, że skończą się zarówno jego problemy finansowe, jak i te związane z kobietami. 

póki co arturo niewiele ma doświadczenia z płcią przeciwną. więcej dzieje się w jego głowie niż w rzeczywistości, a gdy poznaje w kawiarni kelnerkę camillę, zupełnie traci dla niej głowę i zaczyna grę, której celem jest zawładnięcie dziewczyną. jego sposoby podrywu nie są tradycyjne, a camilla nie wydaje się osobą, którą łatwo zmanipulować (przynajmniej przez baldiniego). następuje ciężka przeprawa pomiędzy bohaterami, którzy jednocześnie przyciągają się i odpychają.
Publikuj posta
końcówka powieści nabiera charakteru. początkowo baldini wydawał mi się taki niezdecydowany, egzaltowany i zupełnie nieogarnięty, jednak im dalej w las, tym łatwiej go polubić, by ostatecznie stwierdzić, że to porządny człowiek, któremu poniekąd zabrakło szczęścia w życiu.

na podstawie powieści nakręcono film pytając o miłość z collinem farrellem i salmą hayek. jeszcze nie widziałam, ale mam zamiar nadrobić.

ocena: 4/6.

za rzekę w cień drzew

za rzekę
twórczość hemingwaya znałam jedynie z czasów szkolnych. od dawna sobie mówiłam, że jeszcze po niego kiedyś sięgnę i to kiedyś trochę się przeciągało. przez przypadek trafiłam na za rzekę, w cień drzew i bez wcześniejszej znajomości utworu zaczęłam czytać.

tak samo jak wiele innych utworów hemingwaya tak i ten oparty jest na jego osobistych doświadczeniach. główny bohater to schorowany 50-letni pułkownik zakochany w młodziutkiej włoszce, która również darzy go pełnym oddania uczuciem. cały środek powieści to dialogi pomiędzy ukochanymi, którzy na każdym kroku zapewniają siebie o swoich szczerych uczuciach, pragnieniach i obawach dotyczących śmierci, wojny, rozstania. rozmowy te pełne są uprzejmości, jednak słodycz tę niweluje wizja rozstania oraz atmosfera wojny i przeżyć z nią związanych.
tęsknota za tak wszechogarniającym uczuciem to główna zaleta tej powieści. nieistotne tym razem są różnice pokoleniowe, narodowościowe czy chociażby charakteru. ten romans pomiędzy oddanymi sobie ludźmi istnieje, nawet jeśli tylko w głowie pisarza, bo w rzeczywistości hemingwayowi nie udało się utrzymać tego związku. a zwrot córeczko, jakim najchętniej posługiwał się pułkownik, mówiąc do swojej kochanki, urzekał mnie za każdym razem, kiedy pojawiał się w tekście.

ocena: 4/6.

splendor

splendor
od wydawcy:
nieznana u nas dotąd powieść vladimira nabokova (1899-1977), napisana w roku 1930. sam autor w jednym z wywiadów umieścił ją wśród swych trzech najlepszych powieści rosyjskich, a jej bohatera nazywał jednym ze swych ulubionych. rzecz o człowieku, którego marzenia się spełniają, o pokonywaniu strachu i bezinteresownym wyczynie, okupionym zapewne śmiercią. z utworów nabokova splendor wydaje się najbliższy wzorom klasycznej powieści rosyjskiej, ale zarazem silnie przesycony jest tym, co u tego pisarza jedyne i niepowtarzalne.

dużo podróży po świecie, bohater, którego imię oznacza męczennik, parę chwil romansu, jedna wielka miłość, sonia, ich zoorlandia, odwaga, splendor. i przede wszystkim rosja. ukochana rosja.

dziś jeszcze krócej niż zwykle, bo czasu nie ma, a kolejny tydzień się kończy. dobrze, że jest wstęp i posłowie, gdyż pozwalają więcej zrozumieć i dostrzec wszelkie odwołania i symbole.

ocena: 4/6.

moja wina, bo tańczyłem cza-czę

czacza
zaostrzył mi się apetyt. połknęłam te trzy opowiadania i czuję niedosyt. poszperałam w necie, co by tu jeszcze pana guillermo cabrera infante przeczytać, bo na tej jednej książeczce na pewno się nie skończy.

trzy krótkie opowiadania zawarte w niecałych stu stronach. miejsce akcji każdego z nich to (ta sama?) restauracja w hawanie. trzy rozmowy, trzy różne spojrzenia na ten sam moment, na grzech, na deszcz, na reżim. pierwsze dwie historie dotyczą jednej zakochanej w sobie (albo udającej zakochanie) pary, tylko jedno opowiadanie poniekąd uzupełnia drugie i inaczej się kończy. 

w każdej rozmowie lub jej części towarzyszy rytm muzyki - bębnów, bolera, czaczy, a czacza najbardziej widoczna jest w ostatnim i jednocześnie najdłuższym opowiadaniu. to taniec, co nie ma sobie równych. taniec, który narodził się w czasach dyktatury, który jest symbolem socjalistycznej kuby. narrator w tej ostatniej historii zgrabnie porusza się pomiędzy obserwacją pięknych kobiet, czytaniem książki a rozmową z funkcjonariuszem nowego reżimu. pojawia się tu mnóstwo dygresji, nawiązań do innych pisarzy, artystów i ich sztuki.
tak naprawdę to mało słów w tej książeczce, by móc ją ocenić, ale wiem, że poczułam ten rytm i chcę jeszczę. takich narracji, takich dialogów i samej kuby.

ocena: 4/6.

zapisywacze ojcowskiej miłości

zapisywacze
nie będę się rozwodzić nad urokiem tego pisarza, bo odkąd czytam jego książki, jestem spragniona kolejnej i ten łańcuszek trwa nieprzerwanie. tym razem uśmiałam się setnie. niektóre fragmenty czytałam na głos, żeby Inni też mogli się pośmiać. szaleństwo z tym vieweghem przeogromne, a i bohaterom niczego w tej kwestii nie brakuje.

zapisywaczami ojcowskiej miłości jest dwójka dzieci, którzy dorastają na kartach powieści. ojciec jest trzecim narratorem, który co i raz wtrąca swoje trzy grosze, a już najbardziej lubi mówić/pisać o swojej córce renatce, którą kocha ponad życie, co z jednej strony jest zabawne, a z drugiej trochę niebezpieczne. syn jest pisarzem, który od małego zapisywał wszystko, co widział dokoła. co najlepsze, żeby o tym pisać, wchodził pod stół i tak zostało do dziś. na promocji swojej książki autografy rozdawał również spod stołu. jego postać wydała mi się najbliższa i najbardziej przyjazna. trafne obserwacje i złośliwe (ale tak ładnie złośliwe) uwagi to główne źródło mojego śmiechu. 

viewegh napisał tę powieść pod kątem obietnicy danej swojej córce, że kiedyś napisze dla niej książkę z bajkami. obietnicy nie dotrzymał, ale powstała historia dorastających dzieciaków i ich kochającego, 'trochę' zaborczego ojca, która na pewno zrekompensowała niepowstałe bajki.

ocena: 4,5/6.

sinobrody

sinobrody
rabo karabekian jest ormianinem, niespełnionym malarzem, jednookim - chciałoby się rzec - bandytą, jednak bliżej mu do ofiary niż jakiejkolwiek postaci kata. rabo w pewnym momencie swojego życia zaczyna kolekcjonować obrazy.

owszem, malarzem byłem kiepskim, ale jakim się za to okazałem kolekcjonerem!
wydaje się, że nasz bohater przeżył już swoje życie, pierwsza żona go opuściła, synowie nie utrzymują z nim kontaktu, druga żona umarła, zostawiając go w wielkim, pustym domu. niespodziewanie w jego życiu zjawia się pewna młoda pisarka, która zaczyna interesować się malarzem i nie owijając w bawełnę, stara się wprowadzić trochę radości (żeby nie powiedzieć - życia) w jego osobie. ciekawi ją wszystko - począwszy od intymnych listów od byłej kochanki, poprzez historię śmierci jego rodziców, skończywszy na tajemniczym spichlerzu, do którego nikt nie ma prawa zaglądać. tak jak w historii z sinobrodym, który zabija swoje kolejne żony za wścibstwo i zaglądanie do jedynej zabronionej komnaty, rabo przywdziewa maskę ponuraka i straszyciela. phi! misja pisarki jednak nie kończy się tak nieszczęśliwie, ale owocuje nawiązaniem przyjaźni z malarzem.

to moje drugie spotkanie z vonnegutem, całkiem zresztą udane. zabawne, ironiczne, trochę absurdalne.
spodobało mi się jedno zdanie z innej książki vonneguta - kociej kołyski - po którą mam zamiar siegnąć w następnej kolejności. 

muszę mieć taki pojemnik na śmieci, w którym się zmieści cała rzeczywistość.

ocena: 4,5/6.

madame

madame
teatr, literatura, muzyka nieustannie rywalizują ze sobą w tej książce. a to zamieniają się miejscami, kiedy indziej sobie ustępują, karmią głównego bohatera swoim istnieniem, a wszystko to dzieje się na tle lat 60. zeszłego wieku, obnażając peerelowską rzeczywistość. książka rozpoczyna się i kończy westchnieniem: kiedyś to były czasy! te historie, te wspomnienia, legendarne romanse. czy to nie dzieje się ciągle i nieustannie, tylko pespektywa wszystko zmienia.

głównym wątkiem wydaje się być (bo nie jestem pewna, czy do końca jest) zafascynowanie licealisty pewną m a d a m e - tajemniczą, piękną, zadbaną, nieskazitelną ze wszystkimi przypadłościami, które stanowią jej sekrety. czytelnik musi uzbroić się w cierpliwość, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o tej kobiecie. musi przedrzeć się (z wielką przyjemnością oczywiście) przez poszczególne anegdoty, gombrowiczowskie lekcje w szkole, występy teatralne głównego bohatera, który swoją drogą jest nad wyraz dojrzały, inteligentny, oczytany (mogę tak jeszcze długo) jak na swój wiek. z jednej strony próbuje się on zbliżyć do madame, która jest nauczycielką francuskiego i dyrektorką jednocześnie, a z drugiej próbuje się od niej uwolnić, skupić się na swoim pisarstwie, bo tą drogą zdecydował się iść po próbach zostania muzykiem i aktorem. zresztą madame we własnej osobie ma swój udział w tej ścieżce.
polubiłam madame, polubiłam tego 'chłopca'. i sposób, w jaki pisze antoni libera. ten język to kolejny bohater w tej powieści.

ocena: 4/6.

samotność liczb pierwszych

samotnosc
liczby pierwsze. liczby oswojone ze swoim losem, z niemożnością połączenia się z innymi liczbami. stojące w szeregu, oddzielone przynajmniej jedną liczbą - liczby bliźniacze. liczby jak ludzie, którzy pomimo że są obok siebie, dzieli ich przestrzeń, tajemnica, zobowiązania czy umiejętności porozumienia się. ich drogi się rozchodzą, bo nie potrafią na siebie spojrzeć na tyle wymownie, by skłonić drugie do pozostania. boją się. odchodzą i w tej samej chwili tego żałują, bo czuje się zapach strachu w powietrzu. wszechobecny strach, który nie pozwala się zbliżyć. kilka sekund, które decydują o wszystkim i lata konsekwencji, które uwierają i chociaż można się przyzwyczaić, to jednak wiercą dziurę w brzuchu, prosto przez serce.

ponieważ - choć bał się do tego przyznać - kiedy był z nią, wydawało mu się, że warto robić wszystkie te normalne rzeczy, które robią normalni ludzie.
i chociaż serce zrobi wszystko, żeby zatrzymać krew dla siebie, i pozwala reszcie zamarznąć, to jest na tyle pełne wolnej woli, że nie podąży za tym czego pragnie, ale zwróci się w przeciwną stronę. po odpowiedniej dawce upokorzeń człowiek już nie słucha serca. postanawia zostać liczbą pierwszą.

ocena: 4,5/6.

p.s. przeczytałam tę powieść dzięki dorocie, która przesłała mi książkę w ramach blogowej akcji przeciw samotności zorganizowanej przez wydawnictwo W.A.B. zgodnie z założeniem przekazuję ją dalej - do izusr.

pożyczona miłość

pozyczona
jeśli w tytule powieść ma słowo 'miłość' to mnie trochę odrzuca od niej. nie mówiąc już o 'pożyczonej miłości', bo jak dla mnie brzmi to zupełnie pretensjonalnie i harlequinowsko. to by było na tyle (nie)konstruktywnej krytyki, zatem zabieram się do merytorycznej oceny powieści. 

styl pisania bridget asher znałam z poprzedniej jej książki kwiaty od artiego. pisarka i tym razem udowodniła, że potrafi pisać wdzięcznie, z pewną nostalgią w palcach, bez potrzeby epatowania emocjami, których jest tak naprawdę cały ogrom, ale same wiedzą, kiedy i po co się pojawić na kartach powieści. ładne wzruszenia po prostu przygotowuje dla nas pani asher i wydaje mi się, że przychodzi jej to ze specyficzną lekkością.

tym razem asher postanowiła wziąć na ruszt życie gwen - z pozoru zadowolonej (szczęśliwej to za duże słowo) mężatki, która przypadkiem spotyka byłego chłopaka elliota i (pijanym) zbiegiem okoliczności zgadza się udawać jego żonę przed umierającą matką mężczyzny. wyrusza w podróż (życia) do domu nad jeziorem i odkrywa, że dawne (palące serce i ciało) uczucie wróciło, a dawkowana miłość męża jest tylko bezpiecznikiem, który w każdej chwili może zmienić się w bombę i wybuchnąć. dużo znaków zapytania (i nawiasów) w jej życiu, które powoli zamieniają się w zdania twierdzące.

uczucia pomiędzy trojgiem bohaterów to nie jedyny wątek w tej historii. po spotkaniu elliota i jego umierającej, ale silnej matki, nasza bohaterka odkrywa również emocje związane ze śmiercią swojej mamy, która zginęła, gdy ta była małą dziewczynką. gwen nie wiedziała o matce nic poza paroma szczegółami, które udało jej się wydusić od ojca. pomiędzy ojcem a córką krążyły niepewne wspomnienia i żadne z nich nie odważyło się wyjaśnić sobie pewnych spraw. aż do czasu...
dziś znalazłam zdjęcie, które kojarzy mi się z gwen i elliotem, spedzającymi czas w domku nad jeziorem. lubię takie zbiegi okoliczności (w które oczywiście nie wierzę).

ocena: 4,5/6.

nielegalne związki

nielegalne
tym razem grażyna plebanek postanowiła ustanowić mężczyznę głównym bohaterem swojej najnowszej powieści. sama autorka mówi, że spędziła dużo czasu na rozmowach ze swoimi kolegami, by móc bliżej poznać świat mężczyzn - ich (często ukrywane) emocje i potrzeby. bez kobiet jednak nie byłoby tej powieści.

jonathan jest rozdarty pomiędzy rolą męża megi (i rolą ojca ich dzieci) a pożądaniem i zauroczeniem andreą. nic nowego w tej powieści nie ma, jeśli chodzi o samą zdradę. typowe zachowania zdradzającego, pierwsze kłamstwa, poczucie winy, próba rekompensowania zdrady żonie, a następnie niechęć do niej. 

megi jest prawniczką i pnie się po szczeblach kariery. tym razem obowiązki "pani domu" spoczywają na panu jonathanie. odwozi dzieci do szkoły, prowadzi kurs pisarski, a w międzyczasie spotyka się z andreą w kościołach, parkach i zaułkach ulic.
każdy z trojga bohaterów ma coś za skórą. wzajemnie się uzupełniają swoją grą na emocjach. pragną jednego, robią drugie. godzą się na dany stan rzeczy, by za chwilę wszystko zburzyć i zacząć od nowa. niezbadane są ludzkie zachowania, a pozostaje pytanie, co by tu zrobić, żeby był wilk syty i owca cała.

książkę czytało się jednym tchem. opisywanie jej poszło mi o wiele gorzej.

ocena: 4,5/6.

świnia w prowansji

swinia
'jakże smaczny kąsek wpadł mi w ręce' - pomyślała tola po pierwszym rozdziale świni w prowansji. gdziekolwiek byś był/a, ta książka przenosi cię w zupełnie inne miejsce - do słonecznej, pachnącej serami i winem prowansji. czujesz, jak przez nos docierają do głowy zapachy i nie pozwalają myśleć o niczym innym tylko o jedzeniu jako wartości samej w sobie.
 
wyrabiając i sprzedając kozi ser, hodując świnie i gotując z moimi przyjaciółmi, pojęłam, że jedzenie jest centralną częścią naszego życia nie dlatego, że daje nam siłę i dostarcza przyjemności, lecz przez to, że łączy nas ze wszystkimi, którzy byli tu wcześniej. jedzenie tworzy więź ziemią, z przyjaciółmi i krewnymi zgromadzonymi wokół stołu, z przyszłymi pokoleniami. w kruchym, niestabilnym świecie jedzenie jest wartością stałą.

autorka od lat jest związana z prowansją. spędziła tam dużą część swojego życia i cyklicznie wraca do tego pełnego smaku i spokoju miejsca. czterdzieści lat temu georgeanne brennan razem z pierwszym mężem donaldem i córką ethel przeniosła się do prowansji, by utrzymywać się ze sprzedaży koziego sera własnej produkcji. kolejnym zwierzęciem, które miało pomóc w utrzymaniu była tytułowa świnia - wbrew pozorom bardzo inteligentne i wrażliwe zwierzę. z pomocą życzliwych sąsiadów i bliskich przyjaciół georgeanne i jej rodzina poznali uroki życia na wsi, wstając o świcie, zajmując się zwierzętami i biorąc udział w rytuałach przetrwania (trochę mi było słabo przy opisie świniobicia, ale przetrwałam).

co do kuchni francuskiej, nigdy nie byłam jej wielką fanką, jednak ostatnio nieustannie otwieram się na nowe smaki, próbuję, gotuję. co prawda, większość przepisów w tej książce jest poza moim zasięgiem, to na zupę warzywną z sosem z czosnku i bazylii któregoś dnia się skuszę. na pewno.

ocena: 4/6.

niepewne dni

niepewnedni
w naszej rodzinie mężczyźni nie zostają. naprawdę w gruncie rzeczy nigdy nie robili nic innego, tylko znikali, odchodzili w siną dal, uwalniając się od nas, kobiet, skazanych na to, by tkwić w miejscu, związanych z ziemią. wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, skąd się u nich wziął ów pociąg do innego nieba, skoro wygląda ono wszędzie tak samo.

- to pierwsze zdania niepewnych dni. tak naprawdę niepewność zaczyna się wtedy, gdy do domu po wielu latach wraca ukochany starszy brat isabelle rimbaud. to właśnie jej ręką został napisany dziennik, w którym to 32-letnia, żyjąca samotnie kobieta, opisuje swoje rodzinne relacje, skupiając się najbardziej na miłości, poświęceniu i oddaniu dla brata. 

rzecz dzieje się pod koniec XIX wieku i trwa niespełna kilka miesięcy. choroba zmusza arthura rimbauda - faktycznie żyjącego ówcześnie poety (przeklętego.. i genialnego swoją drogą, nieprzystosowanego do otaczającej go rzeczywistości) - do powrotu do znienawidzonego domu, w którym brakuje jakiegokolwiek porozumienia. matka nie wykazuje żadnych chęci, żeby pomóc synowi. udaje(?) niewzruszoną, martwi się tylko tym, co powiedzą ludzie. jedynym oparciem wydaje się być siostra, która postanawia opisywać każdy dzień spędzony z chorym bratem. spełnia jego życzenia i zachcianki, bo wie, że to są jego ostatnie, pewne dni. ze współczuciem i próbą zrozumienia wyborów arthura, towarzyszy mu w swego rodzaju rozliczeniu się z życiem. wysłuchuje i chociaż czasem wydaje się nie rozumieć, nie potępia brata. zbyt wiele nieszczęść spadło na tę rodzinę, żeby nie doceniać tego, co zostało - ostatnich dni.

ocena: 4/6.

sobota, 18 grudnia 2010

dlaczego kochamy kobiety

dlaczego

przyjemna literatura to jest to, czego w ostatnim czasie mi potrzeba, a mircea cărtărescu ze swoimi felietonami idealnie wpasowuje się w moje potrzeby, zwłaszcza że wywołuje przy tym uśmiech i wprowadza dystans pomiędzy relacje damsko-męskie.

dlaczego kochamy kobiety to zbiór opowiadań, które łączy świadomość, że bez kobiet te historie nie miałyby miejsca, a nawet jeśliby miały, to nie byłyby tak interesujące. autor pokazuje nam spektrum swoich doświadczeń z kobietami, począwszy do kontaktu z matką, poprzez swoje pierwsze kontakty miłosne i seksualne, skończywszy na obserwacji fascynujących go kobiet. chociaż tych kobiet nie było wiele, wydaje się, że cărtărescu zna odpowiedź na pytanie(?) zadane w tytule i wcale nie musi przekonywać nikogo, że ma rację, a robi to jedynie dla zabawy i z chęci przypomnienia sobie tych wszystkich doświadczeń.


ja to przyjmuję i pozwalam sobie towarzyszyć mu w tej podróży po swoim życiu. najbardziej podobało mi się przy opowiadaniach: iryski, papierowy diabeł, wieczór który zapada, nabokow w braszowie, złota bomba.

moja ocena: 4/6.