Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/6. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lutego 2012

dom z pyłu i snów

sentyment związany z najpiękniejszą wyspą, na której dane mi było przez chwilę przebywać, zaślepił moje oczy oraz głowę. spojrzałam na okładkę, która zachwyciła. spojrzałam na tytuł, który oczarował... i nagle dom z pyłu i snów znalazł się na mojej półce.

tymczasem po kilkudziesięciu stronach miałam ochotę rzucić tę książkę w kąt. banalne dialogi, nieskomplikowane postaci oraz co gorsza brak jakichkolwiek autentycznych relacji sprawił, że odechciało mi się czytać. nie porzuciłam jej tylko ze względu na obecną w tle kretę (ach!). 

przez dwa dni towarzyszyłam młodej angielce, która zakochana w małej miejscowości na krecie, zakochała się również w ich mieszkańcach, a konkretniej - w jednym, przystojnym greku. jak się można spodziewać, wynikło z tego mnóstwo (nie)spodziewanych wydarzeń. jest to również historia o ludziach, którzy musieli stawić czoło wojnie. ta część książki była chyba najbardziej interesująca, i jednocześnie wyjątkowo smutna.

powieść czyta się bardzo szybko. w połowie drogi przestałam żałować czasu spędzonego nad książką. co prawda, kuły mnie w oczy proste dialogi mające na celu przedstawienie postaci i sytuacji, ale później było już trochę lepiej. a może to ja po prostu się przyzwyczaiłam? raczej nie sięgnę po inne tytuły tej autorki. owszem, jest to lekkie i momentami przyjemne czytadło, zwłaszcza w dalszej części, ale z pewnością nie jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich.

jedyne co mnie cieszy, to to, że mogłam odbyć małą podróż na moją ulubioną wyspę, która zawsze już będzie kojarzyć mi się z najcudowniejszą plażą z różowym piaskiem (klik!) oraz najlepszym czasem w życiu.

ocena: 3/6.

piątek, 29 kwietnia 2011

jeden dzień

raz na jakiś czas daję się ponieść temu, co mówią w telewizji, a zwłaszcza co poleca anna dziewit. ściślej mówiąc, jedną z omawianych przez nią książek był właśnie jeden dzień davida nichollsa i jej opinia przekonała mnie, że niekoniecznie musi być to tani i przeciętny bestseller (ach, te bestsellery...), tylko całkiem mądra, zabawna i wciągająca książka.

największe zainteresowanie wzbudziła we mnie forma utworu. powieść zaczyna się 15 lipca 1988, kiedy emma i dexter po skończonych studiach spędzają ze sobą noc i następnie każde idzie w swoją stronę. rok po roku dowiadujemy się, jak żyją em i dex 15 lipca. ich drogi mają wspólne punkty oparte na wspomnieniach i potrzebie kontaktowania się ze sobą, zwłaszcza w trudnych chwilach. 

dexter robi karierę w mediach, a jego związki opierają się głównie na jednonocnych przygodach, emma natomiast pragnie zostać pisarką, a mężczyzn podświadomie odrzuca, gdyż tak naprawdę chciałaby być z dexterem. proste jak drut, jedno zakochane z drugim, drugie nie chce się angażować, ale z biegiem czasu i życia wszystko się zmienia i pozwala dostrzec bohaterom, co jest dla nich najważniejsze. zakończenie nie jest banalne, dodam na usprawiedliwienie tego, że aż taka prosta ta książka nie jest.

początkowo stwierdziłam, że historia jest trochę wymuszona i pretensjonalna, jednak po kilkudziesięciu stronach poszło już lepiej. godne uwagi są (niektóre) rozmowy dextera i emmy, zabawne i ironiczne. ciekawa jestem, które ich teksty pojawią się w filmie realizowanym na podstawie tej powieści. mam nadzieję, że nie zrobią z tego tandetnej historyjki, bo mimo wszystko ta historia może mieć swój klimat, z the smiths w tle.



ocena: 3,5/6.

niedziela, 19 grudnia 2010

ona śpiewała bolera

bolera
guillermo cabrera infante to jeden z najwybitniejszych pisarzy kubańskich, który spędził 40 lat na emigracji. posiadanie jego utworów na kubie nadal grozi nałożeniem sankcji. jego twórczość u nas w polsce nie była także długo znana, dopiero parę lat temu pojawił się pierwszy zbiór esejów mea cuba. 

ona śpiewała bolera to tak naprawdę dwie historie, dwa opowiadania, dwie kobiety, których jedynym wspólnym elementem była scena. 

pierwsza historia to jeden rozdział z powieści hawana dla zmarłego infanta z 1979 roku i opowiada o aktorce, o amazonce, o uzbrojonej po zęby kochance, o pięknej i podstępnej margaricie posiadającej wiele imion i wiele wcieleń. to też opowieść o autorze, który przeżywa miłosne rozkosze i nie potrafi się uwolnić od oplatającej go z każdej strony zagubionej kobiety. druga historia jest o la freddy, czarnej śpiewaczce o monstrualnym ciele i pięknym głosie. z jednej strony jest niezwykle odpychająca, by za chwilę przyciągnąć do siebie cudownymi dźwiękami, które są wielu inspiracją. ten wątek pojawił się w powieści zatytułowanej tres tristes tigres z 1967 roku.

chyba bardziej podobał mi się pierwszy wątek, może dlatego, że był bardziej rozbudowany, pełen niepewności, dialogów udręczonych, którzy z tego stanu pragnęli uwolnić siebie nawzajem. w drugiej części byłam myślami bardziej przy muzyce niż przy bohaterach.

jest to poniekąd literatura knajpiana, w której bohaterami są również miejsca spotkań bohaterów. w tym wypadku najważniejszym bohaterem jest samo miasto - havana - pełna życia, muzyki, ale też nostalgii, zwłaszcza po rewolucji. wszystko to zgrabnie się prezentuje w tym krótkim zbiorze. można zanurzyć się w namiętności, w havanie, w muzyce, w nocy, które stanowią niezaprzeczalną wartość dla autora.

ocena: 3,5/6.

toksyczne związki rodzaju męskiego

toksyczne
kolejna pozycja z grecją w tle, chociaż nie do końca, bo tego greckiego tła nie było zbyt wiele, a nawet wcale, poza wymienioną nazwą ateny w około pięciu miejscach. zostawmy tło, a skupmy się na historii. 

czy może być dziwniejsza sytuacja? lokatorami wdowca są homoseksualista i facet, któy do niedawna mieszkał po drugiej stronie ulicy, ale niespodziewanie zaczął dzielić pokój z najlepszą przyjaciółką homoseksualisty, która jednakże czuje sympatię do wdowca, który z kolei jest w niej skrycie zakochany, ale udaje obojętność i woli katować się podsłuchiwaniem miłosnych westchnień dochodzących z pokoju sąsiadującego bez mała z jego własną sypialnią. brakuje tylko węża boa - dla efektów specjalnych.

to i tak nie wszystkie perypetie w tej książce. jak zaczynałam czytać, pomyślałam, że to świetna historia. narracja bez zarzutu, opisy postaci cudowne. autorka płynnie kołysze się wokół każdego z bohaterów i wnika w ich myśli, dialogi i zachowania. w połowie miałam kryzys, a im bliżej końca tym trochę gorzej. zakończenie też takie nijakie, z jednej strony przewidywalne, a z drugiej mało realne i pełne stereotypów. hm, polecam początek, bo czyta się świetnie, a póki co bohaterowie tak nie męczą.

ocena: 3,5/6.

niebezpieczne związki kulinarne

zwiazki
uwaga: to jest romans. romansidło nawet. okładka mówi sama za siebie i wcale nie kłamie, a na książkę trafiłam szukając przed wyjazdem pozycji, których akcja dzieje się w grecji. w tym wypadku skusiły mnie pyszne greckie potrawy na końcu każdego minirozdziału: nadziewane bakłażany, pomidory, grillowane cukinie, gołąbki z liści winogron, mmm. wspominam i pragnę i oczywiście czytam, a raczej przeczytałam w jedno popołudnie, bo to książeczka króciutka i szybko przelatuje przez palce.

dimitris i damokles są zakochani w pięknej, wyrachowanej nanie, która każdego zwodzi na ten sam sposób i każe (dla nich to raczej przyjemność) im gotować dla siebie pyszne dania kuchni greckiej. początkowo mężczyźni o sobie nic nie wiedzą, ale gdy okazuje się, że są sąsiadami, a nana jednego wieczoru jest u dimitrisa, by następny spędzić u damoklesa i tak na zmianę, prawda musi wyjść na jaw. w tle czuć aromat wykwintnych dań, których gotowania podejmują się mężczyźni, by zadowolić swoją(?) kobietę. nana jednak ma dla nich niespodziankę.

najbardziej z całej historii podobały mi się, a nawet smakowały mi przygotowane dania. zakochałam się w greckim jedzeniu. książeczka natomiast zabawna, dialogi przerysowane, postaci również. to jednak trochę za mało. raczej nie będę długo pamiętać tej historii, ale potrawy na pewno sobie gdzieś zapiszę.

ocena: 3/6.

gwiezdne drogi

gwiezdne
autor gwiezdnych dróg ma rozdarte serce pomiędzy naukami przyrodniczymi a humanistycznymi, między literaturą fachową a literaturą piękną. z wykształcenia astronom, naukowiec, z zamiłowania pisarz. człowiek, który godzi w sobie dwie natury, chociaż wcale nie jest to łatwe.

po przeczytaniu tej książki peter nilson wydaje się jak dla mnie onirycznym melancholikiem, który krąży wokół podstawowych pytań o pochodzenie człowieka, historię ziemii, tajemnicę wszechświata, mając na uwadze to, że stanowimy niewielki wycinek historii, której nie potrafimy pojąć, bo myślenie człowieka jest krótkoterminowe.

świadomość i olbrzymia wiedza, jaką daje nam nauka, mają niewielki wpływ na to, jak urządzimy sobie życie. tam gdzi świeci księżyc, gdzie płynie rzeka, gdzie powstaje wiersz, tam znajduje się nasza rzeczywistość.

widać, że nilson ma duszę poety, jednak ta naukowa powieść jest trochę chaotyczna, trochę o tym, trochę o tamtym. wszystko oczywiście ubrane w ładne słowa. sam autor na końcu pisze, że jest to zbiór krótkich esejów i może w tym tkwi problem, że czegoś innego się spodziewałam.
nic to, bo przecież ja uwielbiam kosmos.

ocena: 3,5/6.

psychiatrzy i psychole

psycholeniestety, jak przekonuje wydawca(?), ta książka nie jest zabawniejsza od komedii woodyego allena, ani od 'przygody fryzjera damskiego' mendozy. 

owszem, można się uśmiechnąć parę razy, nawet zachichotać czy parsknąć śmiechem, ale rodrigo i jego psychiatryczno-psychologiczne przygody okazują się być całkiem banalne i pod pozorem przewrotności kryją sporą dozę przewidywalności. może tak miało być, tylko ja zupełnie inaczej odebrałam tę książkę, trzymając ją w rękach w księgarni i zabierając do domu.

rodrigo ma szczęśliwe życie z rodziną i szczekającym kotem. jednak na swojej drodze spotyka nieszczęsną marynarkę z guzikami i tu zaczynają się problemy. gdy nasz bohater się denerwuje, zaczyna zmieniać kolejność liter w wyrazach. parafazję odkrywa u niego nielubiany przez wszystkich ernesto - mąż siostry rodriga i postanawia wyleczyć jego choroby, których po drodze pojawia się coraz więcej, a one zamiast znikać, ciągle się mnożą.

ocena: 3/6.

sobota, 18 grudnia 2010

pensjonat

pensjonat
"chodziłem więc alejkami i nazywałem każdą sosnę i każdą gałązkę wrzosu. nie wiem, czy sam wymyślałem te imiona, czy raczej je tam odnajdywałem, przysypane ziemią, między kępkami trawy, podrzucone zawczasu, wiele lat przed naszym spacerem. i patrzyłem potem, jak o świcie, ze wschodem słońca, gdy jego pierwsze promienie muskały nieśmiało korony sosen, ogród zapełnia się imionami, zapełnia się nimi po brzegi, aż do ostatnich granic, a potem rozszerza się i obejmuje cały nieznany mi świat. i stoi przed pensjonatem, przed gankiem a stacją kolei, tłum ciotek i wujków, stoją tuziny panów leonów, panów abramów i sobowtórów doktora kahna, zastępy koleżanek babci, kuzynów dziadka i wujka motii i wszystkie ciotki pani cukiermanowej. stoją i patrzą na mnie, gdy dzień jeszcze stapia się z nocą, na krawędzi ciemności, która przelewa się nad otchłanią czarnymi falami".